Wiadomości

ŚWIAT MISYJNY

W kraju ogarniętym wojną
O. Józef Gwóźdź SVD podczas odwiedzin kolędowych (fot. archiwum autora)

W kraju ogarniętym wojną

Mijają trzy lata mojej pracy misyjnej na Ukrainie. Pamiętam dokładnie dzień, gdy tutaj przyjechałem. Był listopad 2022 roku. Trwała wojna i była zima. Przez kilka miesięcy mieliśmy bardzo ograniczone dostawy prądu. Trochę ratowały nas generatory.

Ale od początku. Wróciłem do Polski po szesnastu latach pracy misyjnej w Ameryce Środkowej (Panama, Nikaragua) oraz studiach doktoranckich w Rzymie. W Polsce przez kilka miesięcy pracowałem wraz z ks. Markiem Machałą, ówczesnym dyrektorem Duszpasterstwa Rodzin oraz duszpasterzem migrantów Archidiecezji Przemyskiej w jednym z ośrodków, w którym udzielano pomocy uchodźcom wojennym z Ukrainy. Jak się później okazało, Pan Bóg już wtedy przygotowywał mnie do nowej misji. Otóż w Nowej Uszycy (Obwód Chmielnicki) zginął tragicznie proboszcz, o. Jerzy Czarnecki SVD. Ojciec Prowincjał prosił, by zgłosił się ktoś chętny do pracy na Ukrainie. Nie chciał sam wysyłać kogoś do kraju ogarniętego wojną. Patrząc na cierpienie ludzi, z którymi wówczas pracowałem, na ich lęk o bliskich, tęsknotę za ojczyzną, za domem, nie potrafiłem być obojętny. Szybko podjąłem decyzję, ale jestem pewien, że to Pan, któremu powierzyłem swoją misyjną drogę (Ps 37,5), kierował moim sercem. Zdecydowałem, że podejmę się tej misji, jeśli taka jest Jego wola. A przecież nie umiałem ani czytać, ani pisać, ani mówić w języku ukraińskim. 

Doskonale pamiętam drogę, kiedy do Nowej Uszycy wiózł mnie o. Adam Kruczyński SVD. Jechaliśmy nocą. Światła zostały za nami, na granicy z Polską. Dalej była już tylko ciemność. Lwów, Tarnopol, Chmielnicki – te wielkie miasta pogrążone były w ciemności, którą rozświetlały jedynie przejeżdżające samochody.

Dzisiaj sytuacja wygląda lepiej. W naszym regionie, pomimo stałych ostrzałów infrastruktury krytyczniej, sytuacja się ustabilizowała i pod tym względem, jak na razie, jest całkiem dobrze. Mamy światło.

eu1982Kościół parafialny w Nowej Uszycy.

Język ukraiński, który z pozoru wydawał się podobny do naszego, a okazał się być zupełnie inny, powoli staje się dla mnie coraz bardziej zrozumiały. Dość dobrze sobie radzę, jestem komunikatywny, posługuję się coraz lepiej cyrylicą. Moi parafianie twierdzą, że doskonale mnie rozumieją.

Mieszkam w kościele nad zakrystią w malutkim mieszkanku. Wcześniej, zanim tutaj przyjechałem, żyłem zawsze w naszych werbistowskich, mniejszych lub większych, wspólnotach. Tutaj mieszkam zupełnie sam. Mimo tego, że moi parafianie są dla mnie niezwykle serdeczni, a dwaj współbracia - o. Wojciech Żółty SVD i o. Adam Kruczyński SVD - są mocnym wsparciem, to jednak zwyczajnie, po ludzku, doskwierała mi samotność. To prawda, że dosyć często z moimi współbraćmi wzajemnie się odwiedzamy, jednak żyją oni i pracują w miejscowościach położonych dość daleko ode mnie. Na początku zatem przeżyłem jakiś trudny, ale – jak sądzę – potrzebny odcinek mojej drogi.

Ojciec Adam często powtarza takie łacińskie powiedzenie Cycerona z Litterae: „Si apud bibliothecam hortulum habes, nihil deerit”. Co się tłumaczy: „Jeśli masz przy bibliotece ogródek, niczego ci nie będzie brakowało”. Po części stało się to mottem mojego życia. Gdy jestem sam, mój czas poświęcam na lekturę i pracę fizyczną. Trwa wojna, wielu miejscowych mężczyzn walczy na froncie, brakuje fachowców w różnych gospodarczych dziedzinach, dlatego w razie potrzeby (a tych jest wiele) muszę być mechanikiem, spawaczem, elektrykiem, budowniczym, ogrodnikiem, kościelnym, palaczem w kotłowni, a nawet kucharzem. To ostatnie przychodzi mi najtrudniej, ale jakoś daję radę.

Napisałem, że owo łacińskie przysłowie odnosi się do mnie tylko po części, bo tego skarbu, który ja mam na wyciągniecie ręki, Cyceron nie mógł mieć. Mieszkam pod jednym dachem wraz z Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie. Sytuacja i miejsce, w którym się znalazłem stworzyły mi piękną przestrzeń do modlitwy i wspólnego z Nim przebywania. 

eu1982Po Mszy św w jednej z kaplic obsługiwanych przez o. Józefa.

Praca duszpasterska w trzech parafiach, w których jestem proboszczem, z powodu wojny ma również inny wymiar. Wspólnoty raczej się nie rozwijają. Bardzo dużo ludzi wyjechało, zwłaszcza młodych, a ci, którzy pozostali i przychodzą się modlić, to głównie starsi. W parafii, która przed wojną była bardzo aktywna, przez trzy lata ochrzciłem tylko jedno dziecko i pobłogosławiłem dwa małżeństwa. I to byli ludzie w poważnym wieku, którzy mieli już dorosłe dzieci. Poza tym, jedynie kilkoro dzieci przychodzi na katechezę.

Trzeba dodać, że katolicy w całej tutejszej społeczności, to niewielka grupa ludzi. Zdecydowana większość to prawosławni, którzy też przeżywają swoje trudności, chociażby w tym, że mamy tutaj teraz dwie prawosławne cerkwie - tę, która jest pod patriarchatem moskiewskim i ukraińska. Warto podkreślić, że przez prawie sto lat trwały tu komunistyczne prześladowania, które poczyniły spustoszenie w tutejszym chrześcijaństwie. 

Jak wygląda rzeczywistość tego kraju po trzech latach wojny? Mimo że wielu ludzi myśli, że jest tu spokojnie, a dla mediów nie jest już to tak atrakcyjny temat jak na początku wojny, sytuacja na Ukrainie jest coraz trudniejsza. W mediach jednak o tym mniej się mówi. My sami przyzwyczailiśmy się już do migrantów, dronów, politycznych kłótni i śmierci, która za granicą zbiera swoje żniwo. I chociaż na pozór wydaje się, że w części tego kraju nie ma wojny, a życie toczy się prawie normalnie, stale są bombardowane duże miasta i infrastruktura krytyczna. Stale umierają ludzie. Niemalże każdego dnia są zabici i ranni cywile, nie mówiąc już o potężnych stratach na froncie. W tym wszystkim trzeba jakoś żyć i pracować. Jednak nie wolno nam się przyzwyczaić. Nie wolno zobojętnieć. Nie wolno przejść nad tym do porządku dziennego.

W naszym rejonie, liczącym blisko 7 tysięcy ludzi, pochowaliśmy już ponad 120 młodych żołnierzy, zaś ponad 60 jest zaginionych bez wieści. To znaczy, że 200 rodzin cierpi, opłakuje swoich bliskich. Przeważnie synów, ojców, mężów czy braci, ale również wiele kobiet, które dobrowolnie poszły walczyć. Ciągle przywożą nam nowych zabitych. Wiele rodzin ma swoich bliskich na froncie. Stres i strach o ich życie stają się coraz dotkliwsze. Sytuacja w społeczeństwie przybiera trochę inne kształty niż na początku. W naszej parafii już prawie nie ma zdrowych mężczyzn. Wielu wyjechało za granicę, wielu zostało wcielonych do wojska. 

Podczas ostatniej Kongregacji Duchowieństwa bp Leon Dubrawski powiedział, że na Ukrainie w tej chwili jest już 1,5 miliona kalek, przeważnie weteranów bez rąk, nóg, z poważnie poranionym ciałem. Nie mówiąc już o poranionej psychice i traumach spowodowanych tym, co tam przeżyli, czego doświadczyli. Wielu z nich nie umie już odnaleźć się ponownie w rzeczywistości, którą opuścili idąc na wojnę. Nie potrafią funkcjonować w życiu rodzinnym, sąsiedzkim. Nie umieją już żyć tak, jak wcześniej. Często czują się niezrozumiani, bo nikt nie widział tego, co oni. Niejednokrotnie są pozostawieni sami sobie.

eu1982Werbiści pracujący w Ukrainie w zniszczonej Borodiance. Od lewej: o. Adam Kruczyński SVD, o. Wojciech Żółty SVD, o. Józef Gwóźdź SVD.

Narasta cierpienie, ból, pojawia się frustracja i niemoc. Do tego niepewność jutra rodzi dalsze konsekwencje, które odbijają się negatywnie na wielu wymiarach codziennego życia. Chociaż w naszym regionie nie ma bezpośrednich działań wojennych, to bardzo często słychać syreny obwieszczające alarm przeciwlotniczy. Często bywają dni lub noce, kiedy przelatują nad nami rakiety lub drony. Umiemy już rozpoznawać ich rodzaje po dźwięku, który wydają. Kiedy na nie patrzymy lub je słyszymy, uświadamiamy sobie, że niosą one śmierć, że za chwilę ktoś zginie, ktoś straci bliskich, komuś zniszczą dom. I nic już nie będzie takie, jak dawniej. Pozostaje wtedy tylko modlitwa z prośbą, aby te rakiety zostały zestrzelone lub eksplodowały, gdzieś na niezamieszkałym terenie. Czy tego chcemy czy nie, wywołuje to ogromny stres, lęk, niepewność. 

W całej tej dramatycznej sytuacji jako kapłan staram się być blisko ludzi. Pomagam, na ile mogę i na ile potrafię. Prowadzę moje trzy parafie, głoszę Słowo Boże, sprawuję sakramenty. Staram się nieść nadzieję i być razem z nimi, zwłaszcza z tymi, którzy wyczekują powrotu swoich bliskich z frontu. Odwiedzam starszych i chorych ludzi, którzy tutaj i w okolicznych wioskach zostali sami. Modlę się z tymi, którzy opłakują swoich bliskich. Wojna trwa i zbiera swoje żniwo, zadaje rany.

Odkąd tutaj jestem, każdego dnia przez godzinę adorujemy Najświętszy Sakrament. Modlimy się razem, prosząc Boga o pokój. O tę modlitwę proszę również Was. Dziękuję za dotychczasową pomoc i wsparcie. Za każdy dar, duchowy, czy materialny z całego serca dziękuję. Niech dobry i miłosierny Bóg Wam to wynagrodzi. 

o. Józef Gwóźdź SVD
Nowa Uszyca, Ukraina

Wszystkie fotografie pochodzą z archiwum autora

eu1982Msza św. w Dniu Zadusznym na cmentarzu parafialnym w Nowej Uszycy.