Pewnie za jakiś czas, może już niedługo, ukażą się pierwsze fachowe opracowania psychologów społecznych, socjologów na temat obecnego czasu epidemii, zarazy, końca świata*. Na razie jest na to za wcześnie, możemy co najwyżej pokarmić się mniej lub bardziej sensownymi*, sensacyjnymi artykułami, które szkicują sytuację ogólną, jednostkową, społeczną*. W równej mierze przybywa nam tekstów prorockich, apokaliptycznych*.

Przekonać ludzi do tego, że jest źle, będzie jeszcze gorzej, zwłaszcza, kiedy są przed pierwszą kawą, po bezsennej nocy jest o wiele łatwiej, niż sprzedać dziś łysemu grzebień przez telefon. Podobnie ma się rzecz z wysypem teorii spiskowych, nowych, starych, modyfikowanych. Na fali są antyszczepionkowcy, choć jak na razie nie podjęli się – ani indywidualnie, ani grupowo pracy bez zabezpieczeń na oddziałach zakaźnych, co mogłoby być genialnym sposobem na potwierdzenie słuszności ich statutowych twierdzeń. Kościół jako wspólnota nie jest wolny od tego wszystkiego, i mamy swoje wersje aktualnych trendów w dziedzinie samostraszenia się i samonakręcania się.

Mamy też niezawodnych oczyszczaczy Kościoła, w koloratkach i welonach albo i bez nich, którzy każą widzieć w złośliwym patogenie znak łaskawości Pana, który wybrał 2020 na oczyszczenie polskiego Kościoła ze złogów klerykalizmu. Wszystkie te opcje łączy jedno. Pozwala się innym mówić do nas o tym, jak mamy się czuć, jak mamy rozumieć i interpretować konkretną sytuację. I każda z tych interpretacji jest trafna.

Tymczasem, wydaje mi się, że obecna chwila jest doskonała, żeby przeprowadzić sobie autopsję. Bo o ile wspomniane głosy i medialny balon siłą rzeczy rozsadzający nam głowy i ściany pokoi pochodzą z zewnątrz, to dysponujemy w tej chwili chyba najbogatszym materiałem do badań nad zagadnieniem dość istotnym. Mam na myśli nas. Was, czytających i mnie piszącego, wszystkich, którym ten tekst wpadnie w ręce i oko.

Jeśli jest coś dobrego w tym właśnie czasie to to, że dana nam jest niepowtarzalna może już w przyszłości okazja do tego, żeby dokonać autopsji naszego organizmu. Żeby zobaczyć siebie. Zobaczyć, kim jesteśmy jako wspólnota. Czy sumą osobowości, czy wypadkową charakterów, a może określa nas najsłabsze ogniwo? Co pozwala nam przepłynąć przez dzień? Słowo Boże, wspólna modlitwa, ironia, twarda skóra, czy może głuchota albo ślepota? Jakie są nasze progi startowe? Kiedy czuję, że mam dość konkretnej postawy, zachowania, mlaskania czy zaginania kartek w nie swoim brewiarzu w kaplicy? Co powoduje, że budzi się w nas lęk? Pusta nawa kościoła, pusta taca w tymże kościele, czy malejące saldo rachunku bankowego? Czy jest coś, co nas trzyma razem, wbrew rosnącej irytacji wadami tego czy tej obok? Wspólny adres zamieszkania? Miłość? Przyzwyczajenie? Wierność powołaniu? Czym się zajmujemy? Czy potrafimy szanować każdy rodzaj wykonywanej pracy, której na co dzień może nie widać, a teraz nie widać jej jeszcze bardziej? Czy potrafimy być kreatywni, czy zatrzymanie się na wydeptanej ścieżce oznacza dla nas nie tyle okazję do szukania czegoś nowego, a po prostu śmierć na stojąco?

Już można się zastanawiać, jacy wyjdziemy z tych naszych izdebek, które dzięki Bogu można zamknąć od wewnątrz. Dobrze będzie, jeśli uda nam się nie potraktować tego wszystkiego, co nam się nagromadzi, nie tylko pod paskiem i paznokciami, jako zbędnego balastu czy śmieci, które trzeba jak najszybciej usunąć. Ja bym to wszystko na spokojnie przejrzał, przegrzebał. Padło i padnie pewnie jeszcze w tym czasie naprawdę wiele odpowiedzi na trawiące nas od dawna pytania. Może nie będą ładnie sformułowane, bez nagłówków i ceregieli, ale może pierwszy raz od dawna będą pochodzić prawdziwie od nas.

Acha. I - * - niepotrzebne skreślić.

Maciej Baron SVD
Za: Komunikaty SVD

blog comments powered by Disqus
0
0
0
s2sdefault