Przez chwilę zastanawiałem się, jak wykorzystać stojącą przede mną okazję zapełnienia jednej strony literkami. Czy ulżyć sobie, pomądrzyć się zza biurka czy ponarzekać. Koniec końców stwierdziłem, że nie warto, bo tego typu treści jest już tyle, że trzeba się od nich izolować, jak w czasie codziennej wyprawy po chleb.

Mniej więcej od trzech tygodni jestem proboszczem parafii, która radykalnie zmieniła swoje oblicze. I bez wirusa byliśmy mali, teraz można powiedzieć, że nie widać nas wcale. Diecezja gliwicka jako jedyna w Polsce, od samego początku kwarantanny, wprowadziła rygorystyczne przepisy. Nie mamy żadnych celebracji z udziałem wiernych. Msze sprawujemy w naszej klasztornej kaplicy. Spowiadamy na zewnątrz kościoła tych, którzy wcześniej, telefonicznie umówią się na konkretną godzinę. Pogrzeby ograniczono do stacji przy grobie, uczestniczy w nich maksymalnie do pięciu najbliższych członków rodziny.

Naturalnym ruchem była migracja do Internetu. Dziś mamy w sieci praktycznie wszystko. Rekolekcje, nauczania, refleksje, blogi, transmisje Mszy Świętych, nabożeństwa. Mówiąc troszkę ironicznie, można nie wychodząc z domu, nie wychodzić z kościoła. Człowiek ma tą niezwykłą zdolność adaptacji do zmieniających się warunków, choć idzie mu trudniej, jeśli zmiana jest narzucona, a nie jest owocem własnej decyzji.

Tym, co mnie jednak zastanawia i smuci, jest to, co mówiąc językiem sieci, dzieje się pod transmisjami, przekazami i postami. I znów, biorę porządny margines, każdy jest – czy tego chce, czy nie – napięty jak cięciwa łuku. Nerwy, emocje ulewają nam się dziś jako pierwsze, nie tylko wirtualnie, ale też w tak zwanym realu. Ale czasem to, co czytam i słyszę zaskakuje. Ci sami ludzie, którzy linkują i polecają kolejne pobożne transmisje, potrafią z wytrwałością drwala podcinać w drugim ‘chęć do życia i miłość do ojczyzny’, żeby zacytować klasyka. Przekonanie o własnej racji, niezgoda na to, by bliźni widział czy myślał inaczej, redukcja wszystkiego do politycznego absurdu czy jakiejś plemiennej moralności kwitną dziś w tej krainie różnorodności, jaką mieni się Internet.

Z zaskoczeniem czytałem i słuchałem ludzi, których dotychczas odbierałem jako zrównoważonych, myślących czy dojrzałych, część z nich znam z kościelnych ławek. I wróciło do mnie pytanie, które często stawiano nam w czasie studiów. Czy tak naprawdę znamy naszych słuchaczy? Tych, którym głosimy Ewangelię nie po to, aby zająć im kwadrans z niedzieli, ale po to, by umożliwić im ewangeliczną przemianę? Co tak naprawdę wiemy o nich? O tym co myślą, jak widzą świat i bliźniego? Inaczej: na co trafia głoszone słowo? Bo czas epidemii w paradoksalny sposób staje się czasem czekania, to oczywiste, ale na wielu polach to jest czas zbierania plonów, czas żniwowania. I odnoszę wrażenie, że z wielu pól zwożone są snopy suchego chwastu, nadającego się tylkoi wyłącznie do spalenia.

Przed nami Święta Paschalne, inne niż wszystkie dotąd dla większości z nas. Wierzę mocno i życzę nam wszystkim, aby był to czas umocnienia w Chrystusie Zmartwychwstałym. To umocnienie i siły będą nam potrzebne, bo ten Wielki Post obnażył nowe połacie, całe hektary, które dla nas, misjonarzy Słowa są naturalnym miejscem pracy i wysiłku, tego jedynego, który się liczy.

Maciej Baron SVD
Za: Komunikaty SVD

blog comments powered by Disqus
0
0
0
s2sdefault