Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Nie pierwszy raz przekonuję się o słuszności tej tezy. Od półrocza siedzę i patrzę na świat z zupełnie dla mnie nowych miejsc. Wczoraj skończyłem pierwsze odwiedziny kolędowe w naszej ‘kieszonkowej’ bytomskiej parafii. Od 1 stycznia tego roku liczy ona 198 parafian, przynajmniej oficjalnie. 

Pierwsze spotkania stwarzają szansę na to, by się poznać, przynajmniej troszkę. I myślę, że nam się to udało. Mam na myśli parafian i proboszcza. Takie eklezjalne ‘obwąchanie się’. Czas kolędowy w dużych parafiach to spory wysiłek. Wiele dni, setki, jeśli nie tysiące twarzy, konieczność dyscypliny czasowej, kompaktowe rozmowy. Mniejsze wspólnoty pozwalają wykorzystać potencjał odwiedzin kolędowych w pełni.

Rozmowy mogą być dłuższe, a przez to bardziej naturalne, bez patrzenia na zegarek, bez zadyszki. Okazuje się, że tych dodatkowych kilka minut, to cenny czas. Pierwsze, co się ujawnia, to to, że nasi parafianie mają nam bardzo wiele do powiedzenia. Często potrzebują, żeby ich ktoś wysłuchał. Są dobrymi obserwatorami życia swojej wspólnoty i ich wgląd czasem bardzo różni się od tego, co nam się udaje wypatrzeć z wysokości ambony czy z poziomu kancelarii. I nie ma nic złego w tych różnicach.

Kolejna rzecz, że do przeszłości należy czas, kiedy słowo księdza proboszcza kończyło dyskusję – choć czasem może to zaskakiwać. Ale jest to pewien znak czasów. Żyjemy w świecie, w którym wielu ludzi mówi „wierzę, ale…”. Można się na to zżymać, ale nie zmieni to konkretnej sytuacji, w której przychodzi nam żyć, modlić się i głosić Ewangelię. Nieszczęściem jest, kiedy w reakcji na owo ‘ale’ dokonuje się wycofanie się na z góry upatrzone pozycje i zamknięcie drzwi od wewnątrz. Wtedy Ewangelii się nie głosi a konserwuje. A ona do tego się nie nadaje, choć modne są dziś wszelkiego rodzaju kiszonki.

Jest jeszcze ostatnia rzecz, która najwięcej dała mi do myślenia, choć czasu miałem mało. I nie, nie mam na myśli tego, jak odpowiadać na narzekania malkontentów czy czarnowidzów, tych jest zaskakująco mało.

Często w naszych misyjnych czy duszpasterskich programach i planach, mówimy o tym, że trzeba wychodzić naprzeciw potrzebom i wyzwaniom czasów, w których żyjemy. Że naszym powołaniem jest być zasłuchanym w głos ludzi, do których jesteśmy posłani – a nasze działanie powinno wprost na to wołanie odpowiadać. O tym mówi też nasz dokument na temat profilu werbistowskiej parafii. A ja zastanawiałem się najdłużej nad tym, co robić wobec tych, którzy nie mają żadnych oczekiwań i uwag. Jak dotrzeć do ludzi, dla których parafia i Kościół, którego parafia jest cząstką, nie odwołują się do niczego konkretnego, życiowego. Nie są ani wrogo nastawieni, nie są też rozczarowani – po prostu słowa takie jak Ewangelia, Kościół, wspólnota, sakramenty są dla nich terminami pustymi.

Dlaczego o tym piszę? Bo kiedy tak (dość energicznie i prędko) reflektowałem, dotarło do mnie, że znalazłem miejsce, w którym zaczyna się moja parafia. Choć w powszechnej opinii może dotarłem do miejsca, w którym ona się kończy. Że znalazłem miejsce, w którym zamiast pytań, które usiłuję formułować, tkwi odpowiedź na pytania najbardziej podstawowe: po co, komu i dlaczego? To trochę tak, jakby te sytuacje, momenty i ludzie, nie czekali na moją odpowiedź, ale zadawali mi pytanie, jedno z tych najważniejszych: przyjacielu, po coś przyszedł? 

Maciej Baron SVD
Za: Komunikaty SVD

blog comments powered by Disqus
0
0
0
s2sdefault