20 stycznia: budynki można odbudować, ale co z ludźmi

Wczoraj obchodzony był dzień uchodźcy i migranta, a przed kilkoma dniami do nas dotarła informacja, ze ponad 200 uchodźców, którzy uciekali rzeką Nil z Malakal, starając się uchronić przed zagrożeniem ze strony rebeliantów, utonęła w rzece, z powodu przeładowania statku.

Miasta, które przeszła wojenną zawieruchę są jak miasta widma. Dzisiaj zobaczyłem w wiadomościach Al-Jazeera to, co pozostało po mieście Bor w stanie Jonglei.

Obraz był przerażający. Nie było widać ludzi, a większość budynków była zrównana z ziemią. Jedno ujecie było ze szpitala, gdzie jakimś cudem uratowały się 3 osoby. Oprócz nich i żołnierzy z rządowej armii, którzy przejęli kontrole nad miastem (właściwie przejęli kontrolę nad ruinami), nie było nikogo. Gdzie się podziało ponad 30 tysięcy ludzi? Cześć z nich zginęła, a większość - miejmy nadzieję - uciekła z tego nieszczęsnego miasta.

Gdy przypominam sobie zdjęcia zniszczonej Warszawy to było dla mnie przerażające i trudno było mi uwierzyć, ze Warszawa została na nowo odbudowana. A jednak! Gdy patrzy się dzisiaj na Bor to można tylko zapłakać nad tym miastem. A przede wszystkim nad jego mieszkańcami, gdziekolwiek jeszcze są. Budynki można odbudować, ale co z ludźmi. Aż trudno uwierzyć, że „człowiek człowiekowi zgotował ten los.”

To już wiele tygodni od momentu, gdy zaczął się konflikt w Sudanie Płd. Rozmowy pokojowe toczą się w Etiopii, ale efektów nie widać. Sytuacja w moim rejonie Lainya jest raczej stabilna, chociaż wieści, które dochodzą z innych części Sudanu Płd. dotykają rodziny osób, które zginęły w tym konflikcie. Pamiętam osobę starszego brata ministranta Emanuela, który pojawił się parę razy w kościele, a potem zniknął. Rodzina wiązała z nim wielkie nadzieje, gdyż skończył szkołę średnia i myślał o studiach wyższych. Okazało się, że ich nie rozpoczął i już nigdy nie rozpocznie, ponieważ został wysłany do wojska (aby pewnie na nie zarobić), ale został zastrzelony w walkach pod Bor.

Jak wielką wartością jest pokój i możliwość uczenia się. A przecież tak często tego nie doceniamy. Pamiętam jedną z piosenek z czasów szkolnych, która zapadła mi w sercu: „(...) my nie chcemy więcej wojny, chcemy życiem żyć spokojnym (...) ale wtedy, ale wtedy, zamiast białych łabędzi czarne skrzydła samolotów i huk bomb, lecących bomb.” Czasami wydaje nam się, że wojna, zło jest gdzieś daleko i nas nie dotknie, jeśli nie będziemy o tym dłużej myśleć i angażować się w przesłanie pokoju. Ale czy na pewno? Czy nie lepiej być posłańcem Dobrej Nowiny?

Parę dni temu obchodziliśmy w swojej parafii skromne uroczystości św. Arnolda Janssena, założyciela werbistów. Był on człowiekiem wiary. Nie bał się przekraczania granic w czasach prześladowania Kościoła i zakładania nowych zgromadzeń zakonnych. I to wszystko w czasach, gdy większość myślała o przetrwaniu lub siedzeniu w milczeniu, aby nie dotknęło ich zło. Po 3,5 latach wysyłał już pierwszych siewców Dobrej Nowiny do dalekich Chin.

Właśnie w dniu św. Arnolda, 15 stycznia, pierwsze czytanie jest z Księgi Izajasza, gdzie prorok mówi: „O jak są piękne (pełne wdzięku) stopy, na górach zwiastuna Radosnej Nowiny, który ogłasza pokój, zwiastuje szczęście, który obwieszcza zbawienie...” (Iz 52,7). W czasach wojny te słowa Dobrej Nowiny nabierają nowego znaczenia.

Warto tu wspomnieć legendarnego Greka Pheidippedesa, który według niektórych źródeł, biegł 40 km z Maratonu obwieszczając radosną wieść mieszkańcom Aten. Oznajmił im tę dobrą nowinę skowami: „Zwyciężyliśmy” (gr. nenikeka), po czym miał umrzeć z wyczerpania. Wypełnił jednak swoją misję, oznajmiając pokój i bezpieczeństwo swoim rodakom.

O ile bardziej radosną nowiną jest ta, która przez Jezusa daje nam zbawienie i życie wieczne. Ta nowina, pomimo zewnętrznego niepokoju, powinna dawać wewnętrzny pokój naszym sercom.

Ojciec Bernard, który jest z nami w parafii św. Rodziny w Lainya ma od dłuższego czasu problemy ze stopami, gdyż mu bardzo puchną. Dodatkowym problemem był jego wypadek na motocyklu w czasie Wigilii Bożego Narodzenia, gdy jechał na Pasterkę do jednej z okolicznych stacji misyjnych. Wypadek miał miejsce niedaleko stacji, więc dobrzy ludzie podwieźli go do kaplicy. Pomimo potłuczenia sprawował Eucharystię razem z naszymi współbraćmi i siostrami z Sudanu Płd.. Dobra Nowina była na tyle silna, a potłuczenia nie na tyle poważne, by nie mógł się nie dzielić tą wspólną radością z innymi. Ważne też było, że ludzie tej nocy czekali na niego - na nowinę, która przezwycięża wszelkie przeciwności (i złe nowiny z Dżuby).

Ojciec Bernard był dla tamtejszych ludzi zwiastunem Dobrej Nowiny, pomimo nieszczęśliwych okoliczności. Patrząc na jego opuchnięte stopy i stłuczone kolano możemy paradoksalnie powiedzieć za Izajaszem: „Jak piękne są stopy zwiastuna Radosnej Nowiny."

o. Andrzej Dzida, SVD
Lainya, 20 stycznia 2014