Mój dzień zaczynam i kończę od tak zwanej „rundki”. W liceum ogólnokształcącym trenowałem biatlon w klubie Jodła Bodzentyn. Gdy się nie trafiło do tarczy robiło się dodatkową rundę albo doliczano minutę do końcowego czasu. Przeważnie kręciliśmy rundki.

Moja rundka z rana to pogaszenie świateł, zamknięcie psów i sprawdzenie, ile jest wody w zbiorniku, żeby pompa nie pracowała na sucho, bo się spali. Potem idę na modlitwy. Wcześniej jechałem do parafii Chitato odprawić Mszę Świętą. Przez ponad 3 lata odprawiałem tam codziennie dwie Msze, a w niedzielę trzy. Na szczęście od prawie roku pracuje tam dwóch księży lokalnych.

Pracuję w diecezji Dundo, która obejmuje około 103 tys. km2, a to stanowi w przybliżeniu 1/3 terytorium Polski. W diecezji mamy 10 parafii, na których pracuje 18 księży. Można powiedzieć, że słowa Jezusa „żniwo wielkie, ale pracowników mało” w naszych warunkach są szczególnie odczuwalne.

Wróćmy do mojego porządku dnia. Po Mszy lub Laudesach jadę po siostrę Milę, która pracuje w domu biskupim. Zajmuje się kuchnią, przygotowaniem pokoi gościnnych i sprzątaniem. Nasz dom biskupi to przerobione przedszkole. W pewnym momencie rodzice nie mieli pieniędzy na opłacenie przedszkola i właściciel postanowił je sprzedać. Tak więc po małych przeróbkach mamy dom biskupi.

Później zaczyna się moja codzienna praca. Od kucharza, spawacza i mechanika, po hydraulika. Nasza kucharka Dena jest prostą kobietą i nigdy nie przyrządzała posiłków europejskich. Mówi że skończyła 8 klas, ale zapomniała już litery, bo przestała czytać. Od czasu do czasu uczę ją zatem gotować.

Jeżeli chodzi o prace praktyczne - elektryka, hydraulika lub mechanika - nie możemy znaleźć fachowców. Najbliższy współbrat z Polski to o. Krzysztof Ziarnowski SVD, który ostatnio nadzoruje prace nad budową domu dla katechetów i zbiorników wody.

O. Edward Sito SVD spawa bramę w internacie Sao Tiago Brendel, Angola. (fot. archiwum Edwarda Sito SVD)

Pracuję na terenie, który jest prawdopodobnie najbogatszy na ziemi, gdyż to właśnie stąd pochodzi 10% światowej produkcji diamentów. Być może to jest wielki dar, ale tutejsza społeczność zupełnie nie odczuwa tego bogactwa. Przed rokiem 1975, gdy Angola odzyskała niepodległość, tereny tutejsze były zamieszkane przez cudzoziemców. Tylko nieliczni Angolańczycy mogli pracować i mieszkać w Dundo lub miastach tej prowincji. Angolańczyk musiał mieszkać przez kilka lat w dzielnicy o niższym statusie. Po pozytywnej kontroli czystości mieszkania i sprawdzeniu, czy dzieci są dobrze ubrane, a ogródek zadbany, awansował do lepszej dzielnicy. I tak istniały trzy kategorie Angolańczyków. Wśród Portugalczyków istniały natomiast dwie kategorie: urodzeni w Portugalii i urodzeni w Angoli. Biali Portugalczycy drugiej kategorii nie mogli pełnić wyższych urzędów państwowych. Żeby nie stracić statusu społecznego kobiety-Portugalki w ciąży udawały się do Portugalii, żeby tam urodzić.

Firma Diamang (późniejsza Endiama), która zajmuje się wydobyciem diamentów, promuje brak uprawy ziemi. Dlatego też kiedyś kilka razy w roku rozdawano żywność. To było możliwe przy małej liczebności społeczeństwa, obecnie jednak liczba mieszkańców wzrosła kilkukrotnie.

W pobliskim Kongo w roku 2016 zaczęły się zamieszki na tle politycznym i etnicznym. Do naszej diecezji przyjechało wtedy około 400 tys. uchodźców, czyli prawie 50% społeczeństwa lokalnego. To z jednej strony wzbogaciło nasze społeczeństwo, gdyż większość przybyłych to rolnicy, którzy zaczęli uprawiać ziemię. Jednak równocześnie bezpieczeństwo na ulicach bardzo zmalało. Dom biskupi rok temu okradziono tylko dwa razy, a Misjonarzy Ducha Świętego w przeciągu dwóch miesięcy aż pięć razy.

Nasza diecezja jest bardzo młoda. W tym roku będziemy obchodzili jubileusz 20-lecia powstania. Ma jednak duże tradycje. W roku 2019 obchodziliśmy 100-lecie misji Mussuco. Teoretycznie zatem misjonarze zaczęli tutaj pracę ewangelizacyjną ponad wiek temu, lecz obiektywnie nie dostrzega się tych owoców. Każdego roku zostaje ochrzczonych kilka tysięcy katechumenów, lecz feitico (czary) i dawne tradycje bardzo szybko wpływają na zmianę przekonań. Dodatkowo w naszym regionie istnieje bardzo dużo sekt. Formacja katechetów często rozpoczyna się w dużych grupach, ale z czasem młodsi z nich idą kopać diamenty.

W rodzinach katecheza i edukacja dzieci schodzi na dalszy plan. Argumentacja jest taka, że nie warto wysyłać dzieci do szkoły, bo kto będzie pracował w domu. Dlatego też rząd stara się za wszelką cenę zmienić to przekonanie i szkoła jest obowiązkowa. Niestety poziom nauczania jest bardzo niski.

edsito apr01 minW szkole św. Antoniego w Chitato, Dundo. (fot. archiwum Edwarda Sito SVD)

Sytuację komplikują także zwyczaje. Według jednego z nich, gdy mężczyzna umrze, rodzina zmarłego przychodzi do domu i wszystko zabiera. Dosłownie wszystko. Wdowa zostaje sama. Kobiety starają się rodzić jak najwięcej dzieci z nadzieją, że gdyby zmarł mąż, istnieje większe prawdopodobieństwo opieki na starość.

Jedną z najtrudniejszych dla mnie rzeczy jest akceptacja tutejszej mentalności i próba jej zmiany. Jako misjonarz Słowa Bożego bardzo często nie wiem co postawić jako priorytet w pracy ewangelizacyjnej: formację katechetów, pracę socjalną w Caritas, czy przeciwdziałanie dużej biedzie.

Jakieś 3 lata temu założyliśmy internat dla chłopaków, którzy chcieliby się uczyć, ale nie mają warunków. Obecnie uczy się tam 11 chłopaków, z których trzech chce wstąpić do seminarium.

Generalnie mamy bardzo dużo powołań. Seminaria są pełne! Trzeba jednak pytać o wartość tych powołań, gdyż sama motywacja do wstąpienia daje dużo do myślenia. W sąsiedniej diecezji Moxico w ostatnich 5 latach na 300 seminarzystów tylko dwóch doszło do kapłaństwa. Młodzi księża nie mają punktów odniesienia, nie mają przykładów życia kapłańskiego, a życie w wolności i luksusach czasami przyćmiewa ich powołanie. Wstąpienie do seminarium to przede wszystkim poprawa swego statusu socjalnego. Formacja w seminarium jest bardzo tania i solidna. Rodzice, którzy wysyłają tam syna, nie tracą dużo pieniędzy, a wiedzą, że po kilku latach syn zdobędzie solidne wykształcenie.

edsito apr01 minO. Edward Sito SVD w Parafii św. Antoniego w Chitato, Dundo. (fot. archiwum Edwarda Sito SVD)

W naszej diecezji nie mamy dużych wymogów dla kandydatów do kapłaństwa. Powoli natomiast stawiamy nacisk na motywację wstąpienia, zaangażowanie kandydata i jego rodziców w życie Kościoła. Wszystkich seminarzystów mamy ponad 100, ilu z nich dojdzie do kapłaństwa tylko Bóg wie. Dzięki Bogu w tym roku zostanie wyświęconych pięciu młodych kapłanów.

Na to wszystko nie można spoglądać negatywnie. Czasami mój biskup, Estanislau Chindecasse SVD, pociesza mnie i mówi: Edward, pozwól Duchowi Świętemu popracować! Nas tu nie było Kościół istniał. Nas nie będzie i Kościół też będzie istniał! Czasami też mi powtarza: Wiesz, jako biskup, wolę osła żywego niż doktora martwego, wypocznij!

Każdy dzień staram się kończyć modlitwą, ale nie zawsze mi się to udaje. Następnego dnia z rana zawsze szukam, gdzie mi z łóżka spadł różaniec. Takie właśnie jest życie misyjne. Nie zawsze jest fajnie i kolorowo. Generalnie jest trudno, z daleka od rodziny i przyjaciół, warunki życia nie najlepsze, ale odczuwamy tu radość. Przecież jest około 100 kleryków w seminarium, otwierają się w tym roku aż trzy parafie, przyjadą dwa zgromadzenia żeńskie i jedno męskie, zostanie wyświęconych pięciu nowych kapłanów. Kto we łzach sieje, żąć będzie w radości.

Edward Sito SVD
Dundo, Angola

0
0
0
s2sdefault

Polecamy

  • 1