W Zambii prywatna edukacja jest bardzo popularna. Jest tu więcej prywatnych szkół, niż państwowych i kościelnych. Edukację kupuje się tak samo, jak inne towary na rynku i nikogo to nie dziwi. Styczeń to początek roku szkolnego, więc wszyscy zastanawiają się, gdzie posłać dzieci do szkoły. Przez dwa tygodnie obserwowałem, jak Zambijczycy organizują nowy rok szkolny. 

W najstarszym centrum handlowym Lusaki na Manda Hill znalazłem ogłoszenie, że kupując artykuły powyżej 500 kwacza (1 USD = 11,8 kwacha), mieszkańcy stolicy mogą wygrać bon na czesne dla swojego dziecka. Takiej akcji nie spotkałabym w Polsce. Po pierwsze prywatnych szkół jest mało. Po drugie, Polacy myślą, że każdy ma prawo do darmowej edukacji i takie ogłoszenie mogłoby być źle odebrane.

Po powrocie z Zambii, gdzie razem z Fundacją ASBIRO (Alternatywna szkoła biznesu i rozwoju osobowego) budowałem przedszkole przy parafii w Lindzie, rozpoczęliśmy nowy projekt. Celem fundacji jest wspomaganie prywatnej edukacji w Afryce. – Kto z was chodził do prywatnej szkoły podstawowej? – zapytałem młodych przedsiębiorców na balu z okazji zakończenia roku szkoleń w ASBIRO. Nie pamiętam, ale chyba nikt nie podniósł do góry ręki. Było 300 osób. W Zambii większość chodzi do prywatnych szkół. Tak jest w całej Afryce. Opisuje to James Tooley, brytyjski badacz fenomenu prywatnych szkół w krajach rozwijających się, w swojej książce The Beautiful Tree: A personal journey into how the world’s poorest are educating themselves.

Reklama bonu na czesne dla zwycięzców konkursu w supermarkecie w Lusace (fot. Jacek Gniadek SVD)

Linda jest biedną dzielnicą na obrzeżach Lusaki. Liczy około 20 tys. mieszkańców. W centrum Lindy jest tylko jedna społeczna szkoła. Dwie państwowe znajdują się na jej obrzeżach. Jedna przy wjeździe od strony Lusaki. Prawdopodobnie dlatego, że w pobliżu są duże koszary wojskowe, a obok osiedle mieszkaniowe dla żołnierzy i pracowników rządowych. Druga znajduje się na drugim końcu Lindy, obok osiedla dla pracowników rolniczego ośrodka badawczego. W samej Lindzie nie ma ani jednej szkoły państwowej.

W ciągu dnia zajmowałem się remontem mieszkania dla wolontariuszy przy prywatnej szkole Mujos, której właścicielem jest John Musonda. To tutaj, od początku 2017 roku, przyjechało ponad 40 wolontariuszy. Wieczorami odwiedzałem znajomych.

Linda jest bardzo gęsto zaludniona. Jest dużo dzieci. To bardzo dobry rynek na szkoły – powiedziała przy stole Helen, przedsiębiorcza Zambijka, która od wielu lat handluje z Chinami materiałami budowlanymi. Zambijczycy rozmawiają o edukacji tak, jak o każdym innym dobru ekonomicznym na rynku, za które należy zapłacić.

Na ulicy obok szkoły Johna przechodzą dzieci ubrane w jaskrawoczerwone mundurki szkolne. Chodzą do „El Shaddai Academy”. Ta szkoła jest tuż za domem Johna. Jeszcze do ubiegłego roku były tam tylko cztery klasy. Czesne za jeden trymestr wynosi 240 kwacha. To o 110 kwacha mniej niż u Johna. Szkoła została założona w 2007 r. Właścicielka wspomina, że zaczynała w swoim prywatnym mieszkaniu z trójką dzieci. Dopiero później ukończyła szkołę policealną dla nauczycieli nauczania początkowego. W szkole jest dzisiaj 70 uczniów.

Tylko w promieniu jednego kilometra są cztery prywatne szkoły o różnej cenie. Idziemy razem z Johnem między domami. Gęsta, nierównomierna zabudowa, wąskie uliczki. Dochodzimy do domu z ogrodzeniem z trzciny, który nie wygląda na szkołę. Na spotkanie wychodzi Ms Sahpenga. Jest nauczycielką z zawodu i od 7 lat prowadzi własną szkolę „The Rose of Sharon”. Do szkoły zapisanych jest 160 dzieci. Czesne wynosi 270 kwacha.

Wracamy do głównej asfaltowej drogi. Jedziemy kawałek samochodem. Wzdłuż ulicy duży biały mur z pustaków, a na nim narysowana mapa Afryki. Znajduje się tutaj „Shield Wisdom School”. Szkoła prowadzona jest od 19 lat przez pastora i jego żonę. Czesne jest tu dwa razy wyższe niż u Johna. To zupełnie inny standard szkoły.

Szkoła Mujos jest jedną z bardzo wielu prywatnych szkół w tym slumsie. Nie wszystkie są zarejestrowane. Rodzice mogą wybierać w zależności od zasobów portfela. Nawet w obrębie tego samego slumsu, czesne mogą znacznie się od siebie różnić. Istniej prawdziwy wolny rynek na polu edukacji.

Rodzice w Lindzie muszą radzić sobie sami. Bez rządu. Gdyby nie te szkoły, to w centrum Lindy ponad 600 dzieci nie mogłoby chodzić do szkoły. To tylko mały kawałek wielkiej dzielnicy. Takich szkół jest więcej. Po drodze spotkałem wiele dzieci bawiących się na ulicy. Nie wszystkich rodziców stać na posyłanie dzieci do szkoły. Dla niektórych najniższe czesne w wysokości 6 USD na miesiąc jest ciągle za wysokie.

Kiedyś Kościół był w awangardzie szkolnictwa w Afryce. Dzisiaj Afrykańczycy sami biorą sprawy w swoje ręce i nikogo nie dziwi, że nie robi tego za nich państwo. 

Jacek Gniadek SVD
za: Komunikaty SVD

blog comments powered by Disqus
0
0
0
s2sdefault

Polecamy

  • 1