BIAŁORUŚ. Wejście do werbistowskiego domu misyjnego w Baranowiczach znajduje się przy przystanku autobusów miejskich, przy ruchliwym skrzyżowaniu. 

W minione Boże Narodzenie urządziliśmy więc przy samym przystanku dużą iluminowaną szopkę, by wielką radość z przeżywania Tajemnicy Wcielenia dzielić z każdym, kto będzie tędy przechodził. I w okresie Bożego Narodzenia większość osób stała na tym przystanku tyłem do jezdni – wpatrywali się w szopkę…

Nasze białoruskie dzieci korzystają w roku szkolnym aż z czterech wakacji: tych najdłuższych – letnich (cały czerwiec, lipiec i sierpień), i krótszych: jesiennych, zimowych i wiosennych. Ferie zimowe obejmują Boże Narodzenie według kalendarza gregoriańskiego (katolickie), Nowy Rok i świętowanie Narodzenia Pańskiego według kalendarza juliańskiego, którym posługują się wyznawcy prawosławia. Podobnie jak w polskich szkołach, po powrocie z wakacji nauczyciele pytają czasem na lekcjach dzieci o to, co wtedy ciekawgo przeżyły. Tak też było u małego Stiopki na pierwszej lekcji po powrocie z ferii zimowych. Pani nauczycielka poprosiła dzieci, żeby przypomniały sobie wydarzenia z minionych dni i następnie powiedziały, co uważają za najważniejsze ze wszystkiego, co je spotkało. Ośmioletni Stiepan natychmiast podniósł rękę i bez namysłu, z wielką pewnością siebie oznajmił: „Ja niosłem Pana Jezusa”.

Chłopiec od wczesnego dzieciństwa lubił być przy ołtarzu w naszej kaplicy Trójcy Świętej. Choć był jeszcze mały, to dawaliśmy mu możliwość służenia do Mszy Świętej. Tego roku podczas procesji na Pasterce dostąpił zaszczytu wniesienia figurki Dzieciątka Jezus, którą celebrans złożył później w żłóbku. Jego świadectwo głębokiej wiary i prawdziwej, osobistej radości z Narodzenia Chrystusa przed klasą, w której jest jedynym katolikiem, są dla nas wszystkich kolejnym dowodem, jak można dojrzale wierzyć będąc dzieckiem. (...)

Jeszcze jeden interesujący fakt związany z szopką i żłóbkiem w naszym kościele. Jak wszędzie, tak i u nas całe rodziny, a czasem i same dzieci, pozostają w kościele przed szopką, by adorować Boskie Dziecię, by z Nim serdecznie porozmawiać, by spotkać się ze Świętą Rodziną i wszystkimi uczestnikami misterium Narodzenia Boga w stajni. W Polsce czasem w szopce stawiana jest dodatkowa figurka-skarbonka anioła lub murzynka, gdyż odwiedzający Pana Jezusa pragną złożyć swoje ofiary. U nas dzieciaki często pozostawiają w szopce nie pieniądze, ale cukierki, czy zabawki. Taki szczery, ujmujący swą autentycznością gest podkreśla, jak wielką osobistą wartość ma dla dziecka narodzenie tego Jedynego Dziecka, Jezusa.

Pewnego razu wkrótce po Bożym Narodzeniu do o. Konrada Potyki SVD podeszła dziewczynka w wieku wczesnoszkolnym. Był to czas, gdy parafianie zgłaszali swoje adresy, aby kapłan nawiedził ich rodziny z wizytą duszpasterską – kolędą. To nieduże dziecko czuło się odpowiedzialne za życie duchowe swej rodziny – poprosiła w tajemnicy przed swymi bliskimi (rodzice byli niewierzący), aby ksiądz poświęcił ich dom. Powiedziała, że zadzwoni do niego, żeby powiedzieć, kiedy rodziców nie będzie w domu.

Wszystko odbyło się tak, jak mała parafianka zaplanowała. I pewnie nie będzie to dla Was zaskoczeniem (bo my nie zdziwiliśmy się), że to ziarno wydało plon. Ten fundament, kładziony wątłą ręką dziecka, zaowocował – rodzice tej dziewczynki zbliżyli się do Boga. I nie pytajcie, jakim cudem…

Jeszcze zabierzemy Was trochę w nasze kolędowe klimaty. Wizyta duszpasterska u nas ma nieco inny charakter niż chyba obecnie w Polsce. Rodziny naszych parafian są często mieszane wyznaniowo, co jest wielkim bogactwem, ale wymaga też szczególnej troski. Świadomie poświęcamy kolędzie naprawdę dużo czasu i uwagi – szczególnie wobec osób, które jakoś nie wyróżniają się w życiu parafialnym i pozostają niezauważone. Kolęda to nasze indywidualne duszpasterstwo i pragniemy to wykorzystać jak najlepiej.

Nadal – mimo 25 lat pracy duszpasterskiej naszych współbraci – spotykamy sytuacje różnorakiego nieuporządkowania w sferze kanonicznej, często bez specjalnych przeszkód. Jeden z ojców opowiadał, że w tym roku, po raz pierwszy wizytując swoją nową parafię, spotkał kobietę przeżywającą smutek z powodu niemożności przystępowania do Komunii św. (żyje w drugim związku po rozpadzie sakramentalnego małżeństwa). W rozmowie okazało się, że co do pierwszego jej związku nie może być najmniejszych wątpliwości, że nie było to ważnie zawarte małżeństwo i uzyskanie prawnego stwierdzenia jego nieważności to kwestia krótkiego czasu. Ksiądz spytał: „czemu pani wcześniej o tym nie mówiła?”. I usłyszał w odpowiedzi: „Bo tacy młodzi księża przychodzili…”.

Jak tu wszystko ma znaczenie – nawet to, że „doroślejemy” razem z naszymi parafianami. Nasi kapłani mieszkający w Baranowiczach posługują także w wielu okolicznych wiejskich parafiach. Wśród starszego pokolenia na wsiach do tej pory można czasem spotkać myślenie według dawnego schematu, gdzie katolik znaczył Polak. Nasz ojciec Anatolij Gamza SVD, rodem z Błagowieszczeńska na Syberii, usłyszał na kolędzie od jednego z najbardziej już wiekowych parafian z wioski Postarynia taki komplement: „ale ksiądz się dobrze po rosyjsku nauczył!...”.

W Baranowiczach przed laty ofiarnie posługiwał Ś.P. ojciec Laurensius Ola Nama SVD z Indonezji. Nasz pan Józef, mający z dziada pradziada we krwi, że do księdza należy mówić po polsku, bo to wyraz szacunku, nie dawał się przekonać, że skoro jedynym wspólnym językiem o. Laurensiusa i parafian jest rosyjski, to praktyczniej byłoby prowadzić rozmowę w tym języku…

Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom... w każdym zakątku ziemi... w każdym języku... w każdej kulturze... w każdym sercu otwartym i szczerym... Chwała Tobie, Boże niebiosów, który się obnażyłeś, byśmy i my mogli przyjść do Ciebie w prawdzie, tacy zwyczajni, jacy jesteśmy, bez makijażu...; byśmy nie lękali się złożyć Ci w darze także to, o co nie przestajesz nas prosić, a co wciąż najtrudniej nam oddać - swoją słabość, bezradność, niepowodzenia.

Za: Wieści ze Wschodu (nr 25 - zima 2017)

blog comments powered by Disqus
0
0
0
s2sdefault

Polecamy

  • 1