Kazanie o. Eryka Koppy SVD wygłoszone 21 stycznia 2018 roku w Chludowie
podczas 
Mszy św. z okazji obchodów 100-lecia urodzin o. Mariana Żelazka SVD

 

Dziękujemy Panu Bogu za życie sp. O. Mariana Żelazka – misjonarza, który odpowiadając na Boże wezwanie przeszło 50 lat pracował jako misjonarz w Indiach. I tak się też opatrznościowo złożyło, że liturgia Słowa mówi nam o powołaniu i powołanych.

W I czytaniu usłyszeliśmy o misji Jonasza. Jonasz ociągał się z przyjęciem powołania, z przyjęciem misji zleconej mu przez Boga. Co więcej, nawet, jak znamy to z całości Księgi – przed tą misją uciekał. Dopiero wyraźna interwencja Boga – zmobilizowała go do podjęcia powierzonej misji.

A nie była to misja łatwa. On Żyd miał iść do obcego miasta, do Niniwy. W Niniwie mieszkali Asyryjczycy. Miał słuszne obawy przez tym, jak ewentualnie zostanie tam przyjęty.

Ale jak usłyszeliśmy, Jonasz wstał, poszedł do Niniwy, przekazał słowa zlecone mu przez Boga, i o dziwo, mieszkańcy Niniwy podjęli pokutę.

Wielkie wrażenie musiał wywrzeć prorok Jonasz, skoro nawet król Niniwy również sam podjął pokutę i nakazał ją innym.

A w Ewangelii usłyszeliśmy o powołaniu pierwszych uczniów. Jezus wędrując przez Galileę przybył nad Jezioro Genezaret i tam powołał braci: Szymona i jego brata Andrzeja. A także powołał synów Zebedeusza Jakuba i jego brata Jana.

Co znaczące, o ile prorok Jonasz ociągał się z przyjęciem powołania, podjęciem misji, to wezwani przez Jezusa: Szymon i Andrzej, Jakub i Jan, jak słyszeliśmy „natychmiast” rzucili sieci i poszli za Jezusem, natychmiast, od razu, bez zbędnej zwłoki - poszli za swym Mistrzem.

Dotykamy tu tajemnicy powołania….

Odpowiedzieć na Boże wezwanie, pójść i podjąć się tego zadania nawet, gdy wydaje się ono trudne, niemożliwe, absurdalne… 

W tych dniach – jak wiadomo – obchodzimy 100-lecie urodzin – wielkiego Syna Wielkopolskiej Ziemi – o. Mariana Żelazka.

Świętujemy 100-lecie urodzin człowieka, który też usłyszał - rozeznał powołanie, podjął je - przyjął je - i zrealizował.

Zrealizował, choć, jak się patrzy na historię jego życia, to wiele spraw wydawało się trudnych, niemożliwych, wręcz absurdalnych..

Absurdalnych i trudnych. Bo ledwie co rozpoczął stawiać, niejako konkretne kroki na drodze powołania, tu w Chludowie, bo tu rozpoczął nowicjat – to wybuchła wojna. I wraz ze swoimi wychowawcami i z innymi nowicjuszami trafił do obozu.

Droga, która wdawała się taka prosta, naraz okazała się bardzo kręta i niebezpieczna.

Ale moimi drodzy: Skąd, pomimo początkowych wątpliwości, czerpał siły Jonasz, co tak zafascynowało Szymona Piotra, Andrzeja, Jakuba i Jana? Co pociągnęło młodego Mariana, że nie cofnęli się z obranej drogi, nie wycofali się – pomimo trudności, pomimo przeciwieństw?

Odpowiedz jest jasna, ale jest ona zrozumiała tylko dla żyjących łaską wiary. Bo ta odpowiedź dotyczy wiary i w wierze się zamyka. Jest to kwestia, sprawa zaufania – zafascynowania Bogiem, wiary, więzi z Jezusem… zaufania Jezusowi.

Jonasz najpierw uciekał, ale w końcu, niejako nawet prześladowany przez Boga, podjął się powierzonej mu misji.

Szymon, Andrzej, Jakub i Jan, jak słyszeliśmy „natychmiast” – po wezwaniu - poszli za Mistrzem, który ich powołał. „Zostawili nawet sieci…

O. Marian – pomimo wojny, pomimo obozu – pomimo tylu przeszkód, nie wycofał się obranej drogi. Co więcej, jak to sam opowiadał, czuł i chciał uczynić więcej.

Wspominając tragiczny czas obozu i śmierć swoich towarzyszy powiedział kiedyś, że ile razy ktoś z jego współbraci młodych kolegów umierał tam w obozie (z tej grupy dwudziestu sześciu kleryków, zginęło ich czternastu), - on miał świadomość, że umierając – ci młodzi ludzie niejako zabierali z sobą do obozowego krematorium - niewypełnione powołanie, niespełnione pragnienie zostania kapłanem misjonarzem… I wtedy on poczuwał się i stawał się jakby spadkobiercą, tego ich powołania. Powołania tych, którzy zginęli.

Jak dodaje – tam w obozie – w tych tragicznych okolicznościach - jego ideał misjonarza jeszcze wzrósł, jeszcze się umocnił.

I tam wtedy, jako więzień – ale też jako kleryk – złożył ślub: że jeśli Pan Bóg przedłuży mu to jego ziemskie życie – i wyjdzie z obozu, to on całe to swoje życie, ofiaruje dla misji. Jak to powiedział: „dla ratowania życia wiecznego dusz nieśmiertelnych na misjach”.

I Pan Bóg przyjął tą jego ofiarę, ten jego ślub. Wyszedł żywy z obozu, ukończył studia, przyjął święcenia kapłańskie i przez ponad 50 lat pracował na misjach w Indiach.

Co te postacie mają nam do powiedzenia, do przekazania - dziś?

Mają do powiedzenia to, że Pan Bóg każdego z nas powołuje… - Bóg każdego z nas wzywa, zaprasza do wypełnienia swojej misji, swojego powołania. I każdy z nas otrzymuje swoją misję, swoje powołanie. Każdy z nas jest po coś.

Ktoś otrzymuje powołanie do małżeństwa, do życia rodzinnego – ktoś inny otrzymuje powołanie do życia samotnego, - jeszcze inni do kapłaństwa, - a jeszcze inni do życia zakonnego.

I choć dziś mniej ludzi decyduje się i podejmuje konkretną drogę życiową – mniej par zawiera sakramentalne małżeństwo, mniej osób wstępuje do seminariów i zakonów, - ale to wszystko wcale nie znaczy, że Pan Bóg przestał powoływać. To wcale nie znaczy, że sakramentalne małżeństwo, powołanie kapłańskie, czy śluby zakonne utraciły swoją wartość…

Pan Bóg - tak samo, jak 2 tysiące lat temu nad Jeziorem Genezaret, gdy tam wtedy powołał Szymona, Andrzeja, Jakuba i Jana – i tak samo jak te kilkadziesiąt lat temu powołał Mariana Żelazka, - tak samo - On powołuje dalej, - dalej zaprasza, ciągle wzywa.

I Pan Bóg - On nie cofa swego wezwania.

Czy jednak – wezwani - powołani - mają pragnienie, odwagę, wiarę i zaufanie – by za tym głosem swego powołania iść?

Czy mamy odwagę iść przez życie Bożymi ścieżkami?

Patrząc na dzisiejsze realia, można by powiedzieć, że dziś jest najwięcej takich Jonaszów w tym I etapie jego drogi, - etapie dojrzewania w powołaniu.

Bo dziś bardzo dużo jest Jonaszów, którzy odkładają, uciekają przed podjęciem decyzji, unikają przyjęcia zobowiązania. Próbują odłożyć decyzję o małżeństwie, o dzieciach - na potem, na później…

Ale drogą życia trzeba iść na serio i należy przejść ją do końca. – Nie wolno tu stosować uników czy dezerterować – tę swoją ścieżkę życia trzeba śmiało i z ufnością podjąć, bo tylko tak dojdzie się do celu.

W psalmie responsoryjnym wołaliśmy: „Naucz mnie chodzić Twoimi ścieżkami” – Bożymi, nie moimi…

Znamienne, że pierwsze słowa, jakie słyszymy w Ewangelii św. Marka, które Jezus wypowiada w tej Ewangelii, słowa skierowane nie tylko do ówczesnych mieszkańców Palestyny, ale także i dzisiaj do nas, dotyczą nawrócenia… Dotyczą konieczności podjęcia konkretnych decyzji, konkretnych kroków.

Jezus, jak to przekazuje nam ewangelista Marek powiedział: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię.”

Czas niejako ciągle nas pogania, ciągle mamy go za mało. Martwimy się, że on biegnie tak szybko, że biegnie za szybko. A są w naszym życiu takie momenty, chwile, które bardzo byśmy chcieli, żeby mogły trwać dłużej. Ale czas ciągle biegnie do przodu.

Stąd to wezwania, - że „czas się wypełnia” – i – „nawracajcie się”.

Bo czas każdego z nas się „wypełnia”, i ten nasz „wypełniający się” czas - ma każdego z nas przybliżyć do Boga, do Bożego królestwa – a nie oddalić.

To ja z każdą upływającą godziną, z mijającym dniem, miesiącem - mam się stawać lepszym, mam stawać się mądrzejszym, bardziej prawdziwym – po prostu - mam stawać się świętym.

Czy w mojej codzienności chodzę tymi „Bożymi” ścieżkami?

Owszem, można nieraz w życiu zakręcić się w kółko, dlatego potrzebne jest to nawrócenie – zapytanie - czy w tym wszystkim, co robię jest Pan Bóg?

Czy On mieści się w orbicie moich zainteresowań?

Jak słyszeliśmy – powołani uczniowie „natychmiast pozostawili sieci i poszli za Jezusem”.

„Natychmiast” i „zostawili”

Dla o. Marian Żelazka – to „natychmiast” - opóźniło się o 5 długich lat obozu koncentracyjnego”.

Ale też przyszło wiele mu pozostawić – bo pójście za głosem powołania oznaczało pozostawienie rodziny, bliskich, Ojczyzny.

Cierpliwość w osiąganiu celów… Nie wiem, czy to o. Marian był autorem tego zdania, ale od niego je słyszałem, że misjonarzowi potrzebne są 3 cechy: po pierwsze – cierpliwość, po drugie cierpliwość… po trzecie cierpliwość…

Ale nie tylko misjonarzowi potrzebna jest cierpliwość; potrzebują jej rodzice, potrzebują jej dzieci, uczniowie, nauczyciele… każdy…

Moi Drodzy

Żyjąc każdy z nas – oprócz cierpliwości - uczy się „zostawiać”. Żyjąc - uczymy się zostawiać ludzi, rzeczy, miejsca.

Kończymy i zostawiamy szkołę, studia… Dzieci muszą zostawić rodziców, rodzice dzieci. Żona musi pożegnać kiedyś swego męża, lub odwrotnie, kiedy owdowieją... Ksiądz zostawia parafię, w której duszpasterzował; zakonnik klasztor, w którym dotychczas mieszkał...

I choć to zostawianie czasem boli, nieraz bardzo. Ale paradoksalnie - tylko idąc za Jezusem – zostawiając - nie tracimy, ale zyskujemy – zyskujemy wiele - zyskujemy wszystko.

O. Marian - opuścił rodzinne strony, Ojczyznę, wyjechał do dalekich Indii – a wspominają go i dziękują za jego życie i mieszkańcy Wielkopolski i a także mieszkańcy Puri, Orisy w Indiach 

Jonasz obawiał się wypełnić swoja misję, obawiał się tego jak zostanie przyjęty przez Asyryjczków w Niniwie. Pozytywnie się rozczarował.

I O. Marian - On całe swoje życie opierał na Chrystusie, dlatego nigdy się nie rozczarował.

Moi Drodzy, 
Dziękując Panu Bogu za o. Mariana prośmy Ducha Świętego byśmy i my kroczyli przez naszą codzienność – cierpliwie, z ufnością i odwagą – kroczyli tymi drogami, którymi chce nas prowadzić nasz Pan.

Bo tylko tak dojdziemy do celu…