Niedawno wróciłem z Portugalii. Kraj składający się ze słońca, smaków i celebrowania tych momentów, które my zwykle opędzamy na stojąco. Porażające jest to, co tam robi się z czasem. Tu u nas wydaje się, że czas jest jakimś bytem autonomicznym, napędzanym energią słoneczną albo czymś jeszcze bardziej wymyślnym – pędzi na złamanie karku, po drodze przetrącając też kończyny. Nieustanny lot. Za to tam czas jest takim retro meblem, tworem z kauczuku, który zdaje się rozciągać, dopasowywać do sytuacji i w najbardziej dogodnych ku temu momentach – taktownie zatrzymywać się. 

Proboszcz dużej miejskiej parafii jest jednocześnie odpowiedzialny za 4 kościoły, dwie szkoły, dom spokojnej starości i ośrodek dla młodzieży. Przy okazji koordynuje bliżej nieokreśloną liczbę projektów dla dzielnicy, w której znajduje się parafia. Zapytałem go, jak to możliwe w pojedynkę. Uśmiechnął się i powiedział, że pierwsze 9 lat było trudne. 

Tych kilka dni było dla mnie odtrutką na potrzebę natychmiastowości, która nas czasem trawi, dość pośpiesznie zresztą, czyli niezdrowo. Podświadomie, mam wrażenie, podpisujemy się pod listą obecności w świecie, którego jedyną cechą charakterystyczną jest to, że pędzi. Dlaczego? Dokąd? Na takie pytania nie ma czasu. Ale być „na czasie” bardzo nam się chce. 

Urzekło mnie, że niezależnie od wszystkiego, świętym meblem w domu Portugalczyków jest stół. Świętym czasem jest zaś wspólne przy nim bycie. I Bóg mi świadkiem, że pięknie i smacznie ten czas przy stole ‘marnują’. W tym sensie są maksymalnie eucharystyczni. Przy swoich stołach nie tylko żują, ale i przeżywają absolutnie wszystkie okoliczności, wydarzenia i problemy, na które może się człowiek w swej pielgrzymce przez życie natknąć. Jeśli siedzi się przy stole, jest się na swoim miejscu. I każdy ma poczucie, że jest ważny, że nie przysiadł się przypadkiem. Nie przesadzę, jeśli powiem, że wstają od tego stołu konkretnie pokrzepieni i umocnieni. Wstają z kojącą świadomością, która jest lepsza, niż niejedna dobra rada: że nie są sami w tym, co ich spotyka. 

Skąd te sentymentalne wycieczki? Ano, tak się złożyło, że miałem ze sobą w bagażu kilka obrazków z o. Marianem Żelazkiem. Kiedy je rozdałem, padł jeden spontaniczny komentarz, który mnie rozczulił. „Wygląda jak człowiek, który dla każdego ma czas. To Portugalczyk!”. Sprostowałem, że absolutnie, rodowity poznaniak – co nie zmienia faktu, że faktycznie, miał czas dla każdego, a szczególnie dla tych, dla których nikt inny czasu nie miał. Patrząc na dzieło Jego życia, na to, co nam po sobie pozostawił myślę, że ten czas, który miał, i który tak szczodrze dał, nie był w choćby jednej tysięcznej sekundy czasem straconym. Ten rok jest w sposób bardzo szczególny ‘marianowy’ w naszym, werbistowskim świecie. Staramy się zanieść Jego spuściznę innym, tym, którzy go nie znają. Ale, wracając do poruszanego już na tych łamach wątku różnych odcieni kryzysu – warto chyba, żebyśmy ojca Mariana zanieśli też sobie nawzajem. Postawa ojca Mariana zdaje mi się być dobrym antidotum na większość, jeśli nie na wszystkie nasze bolączki. Ojciec Marian całym swoim życiem uczy, jak mądrze przeżywać czas. 

Maciej Baron SVD

0
0
0
s2sdefault