MICHAŁOWICE. 9 lutego 2018 roku, w domu swej siostry w Wapienniku k/Częstochowy, zmarł o. Andrzej Jakubiak SVD, podpułkownik rezerwy, kapelan Ordynariatu Polowego.

O. Jakubiak zmarł w 66 roku życia, w 38 roku kapłaństwa i po 43 latach życia zakonnego. Jego pogrzeb odbył się 13 lutego w Lindowie.

Andrzej urodził się 23 lutego 1952 roku we Wrocławiu z rodziców Edwarda i Janiny z domu Gaweł. Miał piątkę rodzeństwa, trzech braci – z których pierworodny zmarł w niemowlęctwie, przeżywszy niecały rok – i dwie siostry. Andrzej był teraz najstarszy.

sp andrzejjakubiak01Szkołę podstawową rozpoczął w Wapienniku, a kończył we Wrocławiu-Klecinie, mieszkając u wujka, brata mamy. Był to rok 1967. Następnie kontynuował naukę tamże w Zasadniczej Szkole Zawodowej, którą ukończył z dyplomem tokarza.

Po wakacjach podjął pracę zgodnie z wyuczonym zawodem w Fabryce Urządzeń Mechanicznych WAFUM w Wrocławiu. Ale już po roku pracy w fabryce pojechał do Wapiennika, aby pomóc ojcu w prowadzeniu gospodarstwa rolnego. Matka zajmowała się domem i dziećmi. Kiedy zobaczył, jak młodsze rodzeństwo pilnie się uczy, zapragnął również kontynuować naukę. W tym celu zapisał się do Liceum Ogólnokształcącego dla Pracujących w Pajęcznie, które udało mu się ukończyć w ciągu dwóch lat. Zimą dorabiał przy wyrębie lasu lub w kamieniołomach. W międzyczasie utrzymywał żywe kontakty z kolegą-klerykiem Wojtkiem Bębnem, który z seminarium duchownego diecezji częstochowskiej w Krakowie, przeniósł się do Misyjnego Seminarium Duchownego Księży Werbistów w Pieniężnie.

W Boże Narodzenie 1972 roku odwiedził Wojtka w Pieniężnie. Tam akurat odbywały się rekolekcje powołaniowe dla maturzystów. Postanowił wziąć w nich udział i pod koniec wstępnie złożył podanie o przyjęcie do seminarium. Nowicjat rozpoczął w Pieniężnie 8 września 1973 roku. Po roku zaczął studia filozoficzno-teologiczne, które ukończył święceniami kapłańskimi 20 września 1980 roku.

Przed złożeniem ślubów wieczystych zadecydował, że w przyszłości chce pracować jako misjonarz na Filipinach albo w Papui Nowej Gwinei. Otrzymał skierowanie na Filipiny. Przepracował tam 10 lat w najprymitywniejszych warunkach na wyspie oceanicznej Dinagat oddalonej od cywilizacji 16 godzin jazdy łodzią. Był tam pierwszym polskim misjonarzem. Dla swego ludu - żyjącego głównie ze zbieractwa i łowiectwa, bez elektryczności - był wszystkim: lekarzem dusz i ciał, doradcą i przyjacielem. 

Po 10 latach zachorował na malarię. W 1991 roku wrócił do Polski. Leczył się w szpitalu wojskowym w Lublinie. Tu spotkał ludzi związanych z wojskiem, którzy namawiali go, by został ich kapelanem. Sami napisali listy do przełożonych zakonnych i do biskupa polowego. Czas był stosowny, gdyż właśnie organizowano ordynariat polowy i szukano księży powiązanych z wojskiem. Andrzejowi przypomnieli się dziadkowie z obu stron, wujkowie, ojciec oraz kuzyni, którzy dłużej lub krócej służyli w wojsku i brali udział w działaniach wojennych. Wreszcie, jak mawiał, trafił do seminarium, które nie było „kościółkowe”.

To było siedem lat nie tylko studiów filozoficzno-teologicznych, ale i ciężkiej pracy w polu, stolarni, kuźni. Każdy musiał przejść podstawy konkretnego zawodu, by radzić sobie w przyszłym życiu misjonarskim - wspominał po latach. Wielu nie wytrzymywało. Spośród 36 kandydatów do kapłaństwa po siedmiu latach święconych było 12.

Była to twarda szkoła, ale jeszcze twardsze doświadczenie przeszedł na dalekich Filipinach. Toteż początki w wojsku, w tórego szeregi wstąpił ostatecznie w 1994 roku, nie były dla niego za trudne, mimo że rozpoczął je w elitarnej jednostce GROM. To kwiat wojska - mawiał, pytany o swoją jednostkę. Z GROM-em poleciał na Haiti, na misję ONZ (1994-1995). Potem były kolejne misje: Bośnia–Hercegowina (1996-1997), Afganistan (2004-2005).

Po katastrofie w Smoleńsku w kwietniu 2010 roku otrzymał rozkaz stawienia się w Warszawie, skąd poleciał do Moskwy celem identyfikacji ciał ofiar katastrofy. Zidentyfikował ciało bpa polowego Tadeusza Płoskiego.

 
Fot. za www.zorrp.org

Kolejne dni pracy w Moskwie i potem w Warszawie to opieka duszpasterska i zwyczajnie ludzka nad opłakującymi swych zmarłych. Bywało, że w konfesjonale spędzał po kilkanaście godzin. I wreszcie spokojniejsza praca w parafiach wojskowych w Kazuniu i Żarach.

W 2012 roku przeszedł na emeryturę, w niepełnym wymiarze pracując jako kapelan w Wojskowym Instytucje Medycznym na ul. Szaserów w Warszawie. Był także kapelanem Związku Oficerów Rezerwy Rzeczypospolitej Polskiej Okręgu Mazowieckiego im. Józefa Piłsudskiego. W końcu dopadła go choroba nowotworowa płuc. W ostatnich mieszkał w Wapienniku ze swoją siostrą Kingą, która opiekowała się nim jak potrafiła.

O. Andrzej był niezwykle żywotnym człowiekiem. Interesowało go to, co boskie i co ludzkie. Był sportowcem, miłośnikiem przyrody. Przy pasiece o. Stefana Maćkowiaka w Pieniężnie zdobył dyplom pszczelarza. Był społecznikiem. Oddał tyle własnej krwi, że otrzymał Złotą Odznakę Honorowego Dawcy Krwi.

Był nietuzinkowym misjonarzem i równie nietuzinkowym żołnierzem - kapelanem oraz ojcem duchowym dla młodych żołnierzy. Spoczął na swej ojcowiźnie, na cmentarzu przy kościele parafialnym pod wezwaniem Ducha Świętego w Lindowie, gmina Lipie. Niech Bóg będzie mu nagrodą.

o. Alfons Labudda SVD

Zdjęcia z uroczystości pogrzebowej w Lindowie